Dwór Lwowski

Kto ty jesteś…? Polak Wielki

A teraz, jak to powiedział Jezus w Kanie Galilejskiej, coś z zupełnie innej beczki… Ostatnio zrobiło się tutaj dość… sztywno. Trzeba wykonać zabieg zwiększający ilość czytelników. Przecież wiesz, mam „parcie na szkło”. Lubię być mile „łechtany”. Kto nie lubi prawda? Ty? Jasne. Nie lubisz być podziwiany/a? Nie lubisz słyszeć miłych słów na swój temat? Era outsiderów umarła w wypadku samochodowym. Siedziała zaraz za Jamesem Deanem. Ale porozmawiajmy o czymś przyjemnym. O mnie. Egocentrycznym narcyzie, który chwali się na potęgę i sprawia wrażenie wszystkowiedzącego bufona. Tak, to ja. Nawet zespół Łzy nagrał o mnie piosenkę. W swojej megalomanii dodam, iż byłem żywą inspiracją dla tego utworu. „Przepraszam i dziękują, ja tych słów nie używam”. Taa, cały ja. Zapomniałbym dodać, że jestem też niekulturalnym chamem. Nie lubię pomagać nikomu. Bo i po co? Love, Drugs and Rock&Roll. To jest to! Mówiłam wam że szukam organizatora ślubu w plenerze ? Chyba właśnie znalazłem o efektach napiszę wkrótce :)

Jestem także szowinistyczną świnią, mizoginem i domowym despotą. Nie szanuję odmienności, w szczególności gejów i lesbijek. Na stos! Do uśpienia! Czarnych, Żydów i Ruskich też nie lubię. Jestem także zwolennikiem globalizacji. Po cholerę nam drzewa? Naukowcy i tak, prędzej czy później wynajdą sztuczny tlen. Kapsułka na dzień, kapsułka na noc. No i to cholerne słońce. Niech w końcu smog je zakryje. Żarówka Ci nie wystarczy? Przynajmniej nie powoduje raka. Jedyne radio, którego słucham, to Radio Maryja. Szczególnie jak Ojciec Wspaniały Dyrektor Wszechdobry Tadeusz Cudowny Rydzyk jest na antenie. Wtedy robię głośniej, żeby sąsiedzi bezbożni poganie, mogli usłyszeć dobre słowo. Kiedy kończy się audycja, ze łzami w oczach wołam do niebios: Jarosław! Polskę zbaw!

Znam się też na piłce nożnej jak mało, kto. Byłbym lepszym trenerem niż Mourinho i Guardiola razem wzięci. Zresztą, byłbym najlepszym trenerem w każdym sporcie. Oj tam, co sobie będę żałował. Znam się na sztuce. Medycynie, muzyce, nauce i czym sobie jeszcze zapragniesz. Odbiorę poród, polecę w kosmos, zbuduję wieżowiec, poprowadzę pociąg, uzdrowię finanse państwa, zmienię koniunkturę, będę lepszym premierem, bardziej święty niż papież, znam się najlepiej na mapie. Wszystko wiem i robię najlepiej.

„I nawet kiedy będę sam…”

Czasem czuję się taki samotny… Zagubiony w społeczeństwie, niezrozumiany. Odrzucony na margines, z którego nie mogę się uwolnić. Czuję się jak niewidomy wśród niemych… Czasami ludzie udają kogoś, kim nie są, żeby zyskać akceptację w oczach innych. Udają pewnych siebie, będąc jednocześnie nieśmiałymi. Chowają się za maską błazna, jednocześnie pozwalając swojej głowie zachować spokój i dryfować na oceanie wyobraźni.

Kiedyś zapytałem kogoś, „Czy ja tak naprawdę wszystkich zanudzam?”, odpowiedź była twierdząca. Zastanawiałem się, czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ludzie nie potrafią słuchać? I do dzisiaj tego nie wiem. Zawsze mówiłem, że nie jestem zarozumiały, tylko znam swoją wartość. Czy to prawda? Nie wiem tego, bo ostatnio zaczynam tracić wiarę we własne osądy… Nie chcę pouczać, chcę naprawiać. Nie uważam się za lepszego od innych ludzi, chcę tylko żeby ludzie byli lepsi niż są. Kiedy kochają, to niech kochają szczerze. Kiedy wyznają przyjaźń, niech trwa po życia kres. Kiedy są, niech będą sobą, ale myślą też o innych.

Czasami czuję się zagubiony jak dziecko we mgle. Nie wiem, którą z dróg mam wybrać, żeby uszczęśliwić innych, przy tym samemu być szczęśliwym. Sięgam po małe rzeczy, które są dla mnie wielkie. Daję z siebie wszystko, oczekując w zamian tego samego. Przepraszam wszystkich, których skrzywdziłem. I dziękuję firmie WeselnyStyl za ślub w plenerze który był niezwykle zjawiskowym wydarzeniem.

Ja i Ty. To-nie-my.

W swoim życiu zdobyłem już sporo doświadczeń, mimo, iż jestem gdzieś w jego połowie. Zdobyłem wielu przyjaciół (chyba), znajomych. Kochałem i byłem kochany. Nienawidziłem i byłem nienawidzony. Byłem głodny i byłem najedzony. Byłem i jestem. Niech zgadnę… Ty też? W swoim życiu widziałem wiele rzeczy. Tych dobry i tych złych. Słyszałem wiele historii, o sobie, jak i o innych. Byłem w różnych miejscach. Odwiedziłem wielu ludzi, a oni odwiedzili mnie. Widziałem wiele przelanych łez. Widziałem wiele bólu i cierpienia. Widziałem też radość i śmiech. Widziałem szczęście. A ty?

Moje życie nie było i nie jest usłane różami. Nie chodzę po czerwonym dywanie. Nie układają piosenek na moja cześć. Nie rozdaję autografów, a ludzie nie zaczepiają mnie na ulicy. Czy tego pragnę? Jak każdy i jednocześnie niekoniecznie. Nie jest mi obce nic co innym ludziom. Mam te same pragnienia i potrzeby. Pewnie Ty też.

Kiedy budzę się rano pragnę zobaczyć słońce za oknem, a nie deszcz. Kiedy rozmawiam z ludźmi chcę widzieć uśmiech na ich twarzach, a nie ból. Kiedy widzę kogoś w potrzebie staram się pomóc, jeśli mogę, nie przechodzę obojętnie. Wiem że oprócz mnie, na tym świecie są inni ludzie. Podobnie jak Ty.Jeśli tyle nas łączy, to dlaczego tak się różnimy? Dlaczego każde z nas idzie swoją drogą? Dlaczego nie potrafimy dojść do porozumienia? Czy to tylko puste słowa? Czy to wyświechtane frazesy, puszczane w obieg niczym nic nieznacząca mantra? Czy tyle musimy mówić o sobie myśląc tylko o sobie? Czy już nie potrzeba nam nic robić? Zostawiam te pytania bez odpowiedzi. Bo wiem, co mi odpowiesz. Uczmy się być ludźmi, bo tak szybko zmieniamy się w worki kości, nieczułe na otaczającą nas rzeczywistość.

Jesteś taki zabawny, jak twój ostatni żart.

Całkiem niedawno pewna osoba zarzuciła mi, że ciągle piszę o czymś poważnym. W poważny sposób. Generalnie zaczynam zatracać się w patetycznym podejściu do omawianych przez siebie zagadnień. No dobra, moja żona jest tą osobą. Ale wiesz co? Ona ma rację.

Owszem, czasami uda mi się napisać coś, powiedzmy zabawnego, ale patrząc obiektywnie, straszę powagą. Ci co mnie znają wiedzą, że raczej jestem bardziej skory do ciągłych żartów, aniżeli do poważnej rozmowy. Skąd więc się biorą takie teksty? Podobno wielu komików, kabareciarzy, kiedy wracają do swoich domów, przestają żartować. Mają zwyczajnie dość. Chcą czegoś innego. Powagi. I teraz puenta: „Jestem taki zajebisty, że potrzebuję w swoich tekstach bić powagą po oczach, ponieważ w realu ciągle żartuję” – oprócz tego często żartuję w lidlu, tesco i leroy merlin (audycja nie zawiera lokowania produktu).

Nie no zejdźmy na ziemię. Przecież nie jestem aż takim super, mega i w ogóle oh i ah człowiekiem, żeby zaraz dorabiać do siebie twórczą teorię. Po prostu chciałbym czasami, żeby czytelnik zatrzymał się na chwilę. Pośród tego facebookowego (bez lokowania nadal) chaosu, natłoku myśli, wiadomości, wrażeń dnia codziennego. Żeby zatrzymał się na chwilę i zamykając oczy, pozwolił swoim myślom udać się w magiczną podróż ku zastanowieniu. Nad sobą, nad innymi. Pozwólmy ponieść się emocjom, które nami targają. Tym pozytywnym. Krzyczmy co sił w płucach, że kochamy kogoś. Tańczmy jeśli czujemy radość. Śpiewajmy (no może nie wszyscy – w tym ja) kiedy mamy ochotę. Nie pozwólmy zabić dziecka, które ma w sobie każdy z nas.

Miało być zabawnie, a znowu zapętliłem się w sieci morałów, przekazów i innych tego typu dziwnych treści z innej beczki. Kurczę nie wiem, może jak nastąpi w końcu mentalna „(…) rewolucja, nie na ulicach – w głowach, w sposobie myślenia, w sposobie postrzegania rzeczywistości, w świadomości”*, będę mógł bez przeszkód stroić sobie żarty? A może po prostu jest to cholernie trudne i boję się, że nie podołam? Chciałbym spróbować kiedyś tej pierwszej opcji… Tylko czy się doczekam?

Wierszu, wierszem, między wiersze

Każda twórcza forma ma swój sens, początek, koniec i kreację. Tworzymy po to, żeby wyrazić siebie. Wyrazić swoje emocje. Chcemy żeby ktoś usłyszał wołanie miliardów komórek naszego ciała i zrozumiał właściwą treść. Krzyk naszego jestestwa próbuje się przebić poprzez warstwę spół- i samogłosek. Mojego jestestwa…

Prawda czasu, prawda słowa, prawda przekazu. Cisza. Ciemność. Nikt nie widzi. Nikt nie słyszy. Nie chce zrozumieć. A ja muszę udawać kogoś innego. Kogoś, kim nie jestem. Takiego chcą mnie widzieć inni. Pisać to, co ludzie chcą czytać. Mówić to, co chcą usłyszeć. A tego krzyku i tak nikt nie słyszy. Ubrany w maskę jak każdy? Nie dziś i już nie jutro. Dlaczego mamy być dopasowani? Tacy sami. Niczym miliony kopii jednego wzoru. Jak stado zebr, różniących się tylko ułożeniem pasków na ciele. A ten, kto chce się wyróżnić nazywany jest osłem…

Tak jak czarna owca w stadzie, która nie musi burzyć harmonii tylko dlatego, że inaczej wygląda bądź inaczej się zachowuje, może być dostrzeżona i doceniona. Niestety tą czarną owcą nazywamy tych, w których nie dostrzegamy bieli innych lub siebie samych. Bo boimy się tego, czego nie znamy. Nienawidzimy tego, czego nie rozumiemy. Nie chcę być białą owcą jak wszyscy, ale nie chcę też być czarną owcą w stadzie społeczeństwa.

Miłe słowa. Puste slogany. „Dzień dobry”, „Jak się masz?”. Nikomu niepotrzebne frazesy, powtarzane dla podtrzymania powszechnie akceptowalnych norm w społeczeństwie, które dopuszcza alkoholowe akty przemocy, pomimo możliwości przerwania cierpienia ofiar tak błahą czynnością, jak wykonanie połączenia telefonicznego pod numer 112. Patrzą tępym wzrokiem nie wiedząc, o czym mówię. Gubią się w potoku słów. Zdań przeplatanych, z pozoru nieskładną paplaniną. Czy ty to widzisz? Spójrz obok lub przed siebie. W głąb siebie. Zobacz światło zrozumienia. Chcę wyjść z mroku. Z cienia…

Opowiadanie

Piszę te słowa w telefonie, siedząc na moście w Toruniu. Mieszkam tu już od jakiegoś czasu i nadal nie wiem, jaką ten cholerny most ma nazwę. W tym mieście, w tej chwili jest tylko jeden most, a ja nie wiem jak się nazywa. Teraz to już nie ważne. Być może nigdy się tego nie dowiem. Pewnie się zastanawiasz, po co siedzę na tym cholernym moście? A po co się siedzi na moście? Żeby ze sobą skończyć. Tyle, że z reguły większość tych kretynów, co skaczą nie mają sensownych powodów. Ja chyba mam. Jak już nie mogę wytrzymać. Ja się boję. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Wracałem z zakupami ze sklepu i nagle w tłumie ludzi mignęła mi znajoma, kobieca twarz. Zdawało mi się, że jest znajoma. Dziwne było to, iż miałem nieodparte wrażenie, że przez ten ułamek sekundy patrzyła mi prosto w oczy. I uśmiechała się…

Bardzo szybko zapomniałem o tym zdarzeniu. Jednakże jakiś czas później znów się to powtórzyło. Tym razem byłem z żoną i przyjaciółmi na spacerze w mieście. Po drugiej stronie ulicy ludzie wysiadali i wsiadali do autobusu miejskiego i znów ją zobaczyłem. I kolejny raz ujrzałem to spojrzenie i uśmiech. Tym razem pomyślałem – sam nie wiem czemu – że to deja vu. Teraz wiem, że to nie były żadne przywidzenia. Albo były i są nadal. Albo to coś w mojej głowie. Albo to prawda… Takie sytuacje zaczęły się powtarzać, co raz częściej. Dwa, trzy razy w miesiącu. Powiedziałem o tym żonie, która całkiem słusznie zresztą, wytłumaczyła to tęsknotą za rodzinnym domem. Fakt, już dawno nie tam nie byłem, a ostatnio przez brak czasu dość rzadko jestem w rodzinnych stronach, a jak już jestem to na krótko. Wiecie jak to jest. Widzimy w kimś zupełnie obcym kogoś znajomego, kogoś z rodziny, a okazuje się on kimś zupełnie innym. Podobnym do kogoś, jednak ciągle kimś obcym. Tyle, że to nie w tym rzecz…

Przez ostatnie miesiące nie ma dnia żebym jej nie widział kilka razy dziennie. Już nie tylko w tłumie. Czasem mija mnie na ulicy, a jak się odwracam nikogo za mną nie ma lub jest to ktoś inny. Są momenty, kiedy widzę jak przechodzi przez ulicę, by zaraz potem jechać ze mną tramwajem, czy stać na światłach, przez które przejeżdżam. I nie robi tego bez przyczyny… Wiem już, czego ode mnie chce. Po co przychodzi i tak pięknie się uśmiecha. Chce żebym zrobił coś złego… Zacząłem się bać. Myślałem nawet o wybraniu się do psychiatry. Zacząłem się naprawdę bać… Kilka tygodni temu zaczęła pojawiać się też w moich snach i każe mi robić złe rzeczy. Bardzo złe. Nie ma nocy, żeby nie przychodziła we śnie. Taka piękna. I nic nie mówi tylko patrzy na mnie i się uśmiecha. Tylko czasami prosi. Mówi, że wtedy to się skończy. Tak pięknie brzmi jej głos, kiedy to mówi. I obiecuje spokój. Ale ja się nie ugnę. Jej sztuczki na nic się nie zdadzą. Nie zabiję nikogo. Ona każe mi zabijać. Ona chce żebym zabił żonę. A jak ktoś jest u nas na noc, chce żebym udusił go poduszką. Podciął gardło nożem kuchennym. I mówi to takim pięknym głosem. I tak czule się uśmiecha… Że boje się, że mogę to zrobić. Dla niej. Żeby dała mi spokój.

Dzisiaj znów ją widziałem. Jechałem autobusem, a ona stała w deszczu na chodniku. Jej usta poruszały się w niemych słowach „Zabij dla mnie”. Oblałem się potem, mimo że było chłodno. Ręce mi się trzęsą, kiedy zapalam kolejnego papierosa. Boję się być sam. Boję się być z kimś. Boję się… Teraz jest tu, obok, kiedy moje nogi wiszą swobodnie po za balustradą i patrzy na mnie takim smutnym wzrokiem. Ja wiem, czego ona chce. Ale wiem też, czego ja nie chcę. Za długo jej słuchałem. Za długo. I nie chcę jej ulec. Nie wiem czy nie uległem już dawno. Czy zwariowałem? Nie wiem. Nie chcę… Boję się… Wybaczcie, że was zostawiam. Przepraszam, że w taki sposób się żegnam. Nie mam już siły. Tylko, że ciągle chcę żyć. Ale ona tak pięknie patrzy. Tak pięknie prosi…